sobota, 15 czerwca 2013

W objęciach skrzydeł #9

Siedziałam w kawiarni, pijąc czarną kawę już z godzinę. Myślałam nad wszystkim. Zwłaszcza nade mną. Wszyscy mieli rację, zmieniłam się. Odkąd pojawił się Shane, stałam się inna, bardziej odważna i... Nawet nie umiem tego wytłumaczyć, ale lubię nową siebie. Lubię nową ja i nikomu raczej nie robię krzywdy, robiąc to co chcę. O ile robię to rozważnie. To wszystko jest tak skomplikowane, że nawet ja tego nie rozumiem.
Pod kawiarnię zajechało czarne audi. Wysiadł Shane w białym T-shircie, dżinsach i nieładem na głowie. Wyglądał tak seksownie, że byłam pewna. Zabujałam się w chłopaku, którego ledwo znam.
- Cześć – powiedział siadając przede mną.
- Cześć.
- Co tu robisz? - Uniosłam brwi – sama?
- Siedzę i myślę.
- Nie spodziewałem się ciebie u mnie – powiedział nagle. Wydawał się być zakłopotany.
- Czemu? Bogate dzieciaki nigdy się nie fatygują? - Spytałam z sarkazmem i zrozumiałam, że to nie było miłe, więc dodałam – przepraszam. Miałam ciężki poranek.
Upiłam łyk kawy i uśmiechnęłam się.
- Chodź.
Powiedział i wyciągnął w moją stronę rękę. Zapłaciłam za kawę i poszłam z nim do samochodu. Nie wiedziałam gdzie jedziemy dopóki nie znaleźliśmy się na miejscu. Było to Wzgórze Clinton. Niewielki parking. Można tu było przyjechać na randkę czy coś. Fajne miejsce, byłam u tylko raz z Vici. Niesamowity widok, choć lepszy wieczorem, kiedy słońce zachodzi, a miasto budzi się do życia. Shane zaparkował przodem i wysiadł z auta. Też tak zrobiłam i razem usiedliśmy na masce.
- Często tu przyjeżdżasz? - Spytałam, a on wzruszył ramionami i się uśmiechnął. Zebrałam się na dowagę i spytałam – czemu tak rzadko się uśmiechasz?
Usiadł prosto, spojrzał na mnie, uśmiechnął się i odpowiedział:
- Uśmiecham się tylko wtedy, gdy mam powód.
- Więc jaki masz teraz?
Nic nie odpowiedział, tylko się zaśmiał, a ja do niego dołączyłam.
Siedzieliśmy kilka minut i wpatrywaliśmy się w miasto. Po chwili powiedział:
- Tata powiedział, że jesteś miłą osobą. Inną niż te wszystkie, które poznał do tej pory.
- A kogo poznał?
- Twoich rodziców, Victorię i paru innych – odpowiedział od razu i bez emocji w głosie.
- Mówił coś jeszcze? - Nie żeby mnie to obchodziło, ale fajnie jest wiedzieć.
- Był zaskoczony – uniosłam brwi – podziękowałaś mu.
Zaśmialiśmy się i spytałam:
- A twoja mama? - Shane nic nie odpowiedział, więc zrozumiałam, że coś jest nie tak. Dodałam szybko – przepraszam.
Znów na mnie spojrzał. Jego zielone, prawie szmaragdowe oczy przeszywały mnie na wylot, dostałam gęsiej skórki. W końcu powiedział:
- Nie znałem. Szczerze mówiąc, nie znałem swoich rodziców – odwrócił wzrok i znów patrzył na miasto – jestem adoptowany. Jeremy, mój tata, który jest singlem, adoptował mnie cztery lata temu. Wcześniej zawaliłem rok w szkole.
- Więc nie siedziałeś w więzieniu i nie jesteś kryminalistą.
Zaśmiał się i spytał poważnie:
- Skąd wiesz? - Spojrzałam na niego wielkimi oczami, a on dalej mówił – nie, nie jestem. Choć wielu tak sądzi. Tata jest mechanikiem, zna bogatych ludzi, bo często naprawiał im samochody.
Po krótkiej chwili milczenia dodał:
- Teraz twoja kolej.
- Na co? - Spytałam zdziwiona.
- Na opowiedzenie twojej historii.
- Jest jak większość – spojrzał na mnie wyczekująco, więc zaczęłam opowiadać – urodziłam i wychowałam głównie na pieniądzach. Mama z tatą ciągle gdzieś wyjeżdżali, zostawiając mnie z Connie. Dalej tak jest, tylko teraz sobie jakoś umiem poradzić. Myślą, że swoją nieobecność wynagrodzą mi prezentami, pieniędzmi czy telefonami. Kocham ich, ale są irytujący. Z tatą zawsze miałam lepszy kontakt niż z mamą, do tego pokłóciliśmy się dzisiaj rano.
- Ale nie jesteś jak większość. Może wychowałaś się na pieniądzach, ale nie są one dla ciebie najważniejszą wartością w życiu.
- No nie.
- O co się pokłóciliście? - Spytał po chwili.
- O ciebie – powiedziałam cicho, a on wybuchnął głośnym śmiechem.
Po chwili się uspokoił i zapytał:
- Poważnie? - Kiwnęłam głową, co wywołało u niego jeszcze większy śmiech.
Z wrażenia aż położył się na masce. Ja dalej siedziałam i patrzyłam na miasto, a na mojej twarzy widniał uśmiech.
Zsunął mi się lekko sweterek na ramieniu, ale go nie poprawiłam. Miło było czuć, jak wiatr muska moje ciało. Shane wreszcie usiadł i dotknął lekko mojego ramienia. Przeszły mnie ciarki, ale miał tak przyjemny dotyk, że chciałam więcej.
- Co to? Tatuaż? - Spytał.
Spojrzałam za siebie i wskazywał na moje znamię w kształcie skrzydeł przebitych mieczem.
- Znamię. Mam je od urodzenia, ale często o nim zapominam.
Odparłam i podciągnęłam sweterek.
- Czemu pokłóciliście się o mnie? - Spytał, kiedy jego twarz znajdowała się centymetry od mojej.
- Musimy teraz o tym rozmawiać?
Pokręcił głową i nagle mnie pocałował. Był to długi pocałunek, a jego usta smakowały... smakowały cudownie. Złapał mnie w talii, a ja swoją dłoń położyłam na jego policzku. Nagle nie wiem jak, leżeliśmy na masce i całowaliśmy się. W końcu oderwaliśmy się od siebie i Shane odezwał się pierwszy:
- Masz ładne oczy.
Zaśmiałam się i usłyszeliśmy samochód wjeżdżający na górę. Shane zeskoczył z maski, a ja za nim. Stanął przede mną, osłaniając mnie ręką. Samochód zatrzymał się kawałek od nas i wysiadło z niego dwóch facetów. Obaj ubrani na czarno, z długimi płaszczami. Mieli też czarne okulary i wyglądali jak faceci w czerni. Tylko straszniej.
- Oddaj nam dziewczynę – powiedział jeden z nich.
- Nie – odpowiedział z cwanym uśmieszkiem Shane.
Nagle piasek wkoło nich zaczął wirować i unosić się do góry. Shane wepchnął mnie do samochodu, sam przeskoczył przez maskę i po chwili odjeżdżaliśmy. Faceci w czerni nie byli nam jednak dłużni. Doganiali nas i zaczęli strzelać.
- Schowaj głowę – powiedział do mnie Shane, a kiedy nie posłuchałam, krzyknął – schyl się!
Osunęłam się na siedzeniu i zamknęłam oczy. Czułam tylko jak rzuca autem, słyszałam strzały i czułam, kiedy chłopak przyspiesza. Nie wiedziałam co się działo i powoli popadałam w panikę. Niedobrze.
W końcu auto zatrzymało się i Shane zapytał:
- Nancy? Wszystko w porządku? Co ci jest?
Miałam mokre policzki i bolała mnie głowa. Musiałam się uspokoić, lecz nie wiedziałam jak.
- Mam atak paniki – wydusiłam wreszcie.
- Dobra. Oddychaj – powiedział – musisz oddychać. Wolno i głęboko. Już po wszystkim.
Zrobiłam jak kazał i poczułam, jak kładzie rękę na moim mieniu. Po chwili się uspokoiłam i otworzyłam oczy. Shane otarł moje mokre policzki i spytał:
- Lepiej?
- Co to było? - Spytałam.
Shane usiadł znów prosto i ruszył. Nie pytałam więcej, wiedziałam, że sam mi powie. W końcu, przecież musi...
Wjechał na mój podjazd. Odpięłam pas i zapytałam cicho:
- Wejdziesz?
- To chyba nie najlepszy moment. Muszę coś załatwić.
- Jasne – odparła i wysiadłam.
Weszłam do domu, było po ósmej. Rodzice siedzieli w salonie i oglądali telewizję. Nic się nie odezwali, ja także. Weszłam do kuchni i zapytałam Connie:
- Rodzice coś mówili?
- Nie. Są zdziwieni. A ty gdzie byłaś?
- Z Shane'm – odparłam ponuro.
- Hej, coś się stało? - Pokręciłam głową – to chyba nie jest dobra reakcja.
- Nie wiem.
- Dobrze całuje? - Spytała nagle.
- Connie! - Powiedziałam ze śmiechem i ruszyłam do wyjścia, lecz zanim wyszłam rzuciłam – bardzo.
Słyszałam jej śmiech jak wchodziłam do pokoju. Byłam tak zmęczona, że od razu zasnęłam. Lubiłam spać. Bardzo lubiłam spać.


kolejna część - poniedziałek

czwartek, 13 czerwca 2013

W objęciach skrzydeł #8

Przeszliśmy długi chodnik, ludzie nas mijali i śmiali się. Deszcz ustał trochę, choć było chłodno. Kiedy przebiegł przede mną chłopak w samych majtkach i zatrzymałam się, z pewnością z zabawną miną, Shane się odwrócił. Spojrzał na mnie i się zaśmiał, po czym wyciągnął w moją stronę rękę. Niepewnie ją złapałam i weszliśmy do środka. Dom wewnątrz wyglądał nie tyle co bogato, ale w stylu vintage. Dominowały białe i brązowe kolory, obrazy w czarnych ramkach na ścianach i minimalizacja obiektów. Ludzie bawili się w głównym salonie, który zajmował chyba cały dół. Na prawo była kuchnia, a na lewo schody.
Ciągle trzymałam Shane'a za rękę i nie chciałam puszczać. Podeszliśmy do grupki ludzi. Shane przywitał się ze wszystkimi i powiedział:
- To jest Nancy – machnęłam im i dostałam w zamian piwo.
Chciałam powiedzieć, że nie piję, jednak potrzebowałam się wyluzować.
Poznałam Kevin'a, Mary i Max'a. Zaczęłam rozmawiać z Mary – dziewczyna miała krótko ostrzyżone, czerwone włosy i soczewki w kształcie kocich oczu. Tańczyłyśmy, śmiałyśmy się i piłyśmy. Po kilku godzinach przebywania z nią, miałam we krwi więcej promili, niż na swojej imprezie. Jednak wciąż byłam trzeźwa.
- Gdzie jest łazienka? - Szepnęłam do ucha Mary, a ona wskazała górę.
Pokazałam uniesiony kciuk, wstałam z kanapy i poszłam na górę. Lekko się zataczałam, ale dałam radę wejść po schodach. Był długi korytarz i po obu stronach po dwie pary drzwi. Zajrzałam do każdej. W pierwszych była sypialnia, w drugich jakiś schowek, w trzecich łazienka. Załatwiłam się i wyszłam. Znów stałam na korytarzu i zastanawiałam się co jest za czwartymi drzwiami. Delikatnie je otworzyłam i zobaczyłam pokój. Nie wiem czemu do niego weszłam. Może świeże powietrze spowodowane tym, że okno było otwarte, a może ciekawość. Weszłam, zamknęłam drzwi i wyjrzałam przez okno. Był to chyba pokój chłopaka – głównego właściciela domu. Na zewnątrz był dach, na który można było wyjść, tak też zrobiłam. Usiadłam na prawo od okna i podciągnęłam kolana pod brodę. Chciałam pomyśleć. Co ja tu robię, z chłopakiem, którego ledwo znam? I czemu? No tak, bo coś w nim przyciągało mnie. Chciałam się dowiedzieć co. I chyba zaczął mi się podobać. Zamknęłam oczy i rozkoszowałam się lekkim wiatrem muskającym moje włosy.
- Nancy? – Powiedział znajomy głos.
Otworzyłam oczy i rozglądnęłam się. Na dole stał Shane i patrzył co robię.
- Co?
- Co ty tam robisz? - Spytał z uśmiechem.
- Siedzę.
- Lepiej zejdź, zanim spadniesz...
- Nie jestem pijana – wtrąciłam.
Zaśmiał się i po chwili usłyszałam krzyki. Ludzie zaczęli wybiegać z domu, a muzyka ucichła.
- Co się dzieje? - Spytałam przerażona.
- Skacz – powiedział i wystawił ręce.
- Co? Oszalałeś! Nie ma mowy!
- Nancy zaufaj mi. Musisz skoczyć!
Pokręciłam głową i chciałam wyjść, kiedy usłyszałam z korytarza:
- Znajdźcie dziewczynę! Czarne włosy!
- Złapiesz mnie? - Zwróciłam się do Shane'a.
- Tak. Tylko się pospiesz.
Zamknęłam oczy i skoczyłam prosto w jego silne ramiona. Otworzyłam oczy, Shane się uśmiechnął i postawił mnie, po czym złapał za rękę i pociągnął w stronę samochodu.
- Co to było? - Spytałam, gdy ruszał.
- Szukali kogoś.
- Kogo? - Wzruszył ramionami – słyszałam – spojrzał na mnie, ale jechał dalej – znajdźcie dziewczynę, czarne włosy.
Nagle przeczesałam włosy, a Shane powiedział:
- Wiele dziewczyn tam miało czarne włosy.
Kiwnęłam głową i dalej jechaliśmy w ciszy.
Gdy zaparkował na podjeździe, spojrzałam na zegarek – po jedenastej.
- Dzięki. Za wszystko – uśmiechnął się – a sweterek?
- Oddasz kiedyś – znów się uśmiechnął, a ja wysiadłam.
- Hej – zawołał, kiedy okrążyłam samochód. Przez okno podał mi moją torbę i sweterek.
Uśmiechnęłam się i po cichu weszłam do mieszkania.

Obudziły mnie krzyki kłótni. Chyba tata z mamą. Nie chcąc ich słuchać, włożyłam w uszy słuchawki i na fulla włączyłam muzykę. Nie mogłam zasnąć, ale przynajmniej ominęła mnie ich kłótnia.
Wstałam po dziewiątej. Wzięłam prysznic, ubrałam się i zeszłam na śniadanie. Taty ani mamy nie było, a Connie nalewała kawę. Gdy usiadłam, podała mi ją, a ja opowiedziałam jej wczorajszy wieczór.
- Oba sweterki wyprałam. Jak się wysuszą, wyprasuję je – uśmiechnęła się i dodała – będzie coś z ciebie i Shane'a?
Wzruszyłam ramionami i skończyłam śniadanie.
Wróciłam do pokoju, przebrałam się w zwiewną, białą sukienkę, założyłam brązowy sweterek i sandały. Do torby schowałam sweterek Shane'a i zeszłam na dół.
- Zanim gdzieś wyjdziesz, poważnie porozmawiamy – powiedział tata z salonu.
Odłożył gazetę, wstał i zapytał:
- Gdzie byłaś wczoraj wieczorem. Tylko nie mów mi, że u Victorii. Dzwoniłem.
- Byłam z Shane'm na imprezie.
Tata stał jak sparaliżowany. No tak, ukochana i jedyna córeczka schodzi na złą drogę.
- Z jakim Shane'm i na jakiej imprezie?! - Krzyczała z kuchni mama.
Dołączyła do nas i czułam się... dziwnie.
- Jesteś za młoda na imprezy – żachnęła się mama.
- Jasne.
- Nancy, przesadzasz.
- Spokojnie kochanie – uspokoił ją tata – a ty, ty się zmieniłaś ostatnio.
- Może dorastam? - Spytałam z sarkazmem.
- Na pewno nie – odparła mama.
- A skąd wiesz? Skąd wiecie? Prawie w ogóle nie ma was w domu! Nie poświęcacie mi wystarczająco dużo czasu, myśląc, że Connie czy pieniądze mi was zastąpią.
Stali jak wryci, a Connie opierała się o framugę drzwi z uśmiechem. Kiedy nic nie odpowiedzieli, rzuciłam:
- Nawet nie potraficie się kłócić – po czym wyszłam trzaskając drzwiami.
Postanowiłam zrobić sobie spacerek, przy którym mam nadzieję się uspokoić. Z tego co się dowiedziałam, Shane mieszkał około piętnastu minut drogi ode mnie. Dotarłam i zobaczyłam niewielki, ale ładny dom, a z boku warsztat. Ktoś tam był i naprawiał samochód.
- Dzień dobry – powiedziałam niepewnie, podchodząc do mężczyzny. Wyglądał na trzydziestkę i był chyba ojcem Shane'a.
- Dzień dobry. Nancy Leed, prawda?
Świetnie.
- Tak. Przyszłam do Shane'a. Jest może w domu?
- Tak. Wejdź śmiało. Chyba jeszcze śpi.
- Dziękuję – uśmiechnęłam się i poszłam.
Weszłam do domu. Był ładnie zrobiony, choć wydawał się pusty i zimny. Otuliłam się rękoma i poszłam na górę. Weszłam w drugie drzwi na prawo (strzelałam) i zobaczyłam Shane'a śpiącego na kanapie. Biała kanapa, leżąca w lewym rogu. Jego pokój wydawał się duży, lecz nie było w nim zbędnych rzeczy. Mała szafka obok kanapy, a na prawo szafa na ubrania. Obok szafy stała gitara. Na podłodze leżało kilka ciuchów. Nie chciałam go budzić, więc wyjęłam sweterek z torby i położyłam na oparciu łóżka. Mimo że zachowywałam się cicho, Shane się obudził.
- Nancy? - Spytał siadając.
Miał na sobie tylko spodnie od dresu. Koc zsunął się z górnej części ciała i można było zobaczyć jego urzeźbione ciało. Wow! Musiał dużo ćwiczyć.
- Przepraszam, nie chciałam cię obudzić. Przyniosłam sweterek.
Nie czekając na to co powie, wyszłam z uśmiechem na twarzy. Nie wiem czemu się cieszyłam. Nie natknęłam się na jego tatę, choć wydawał się miłym człowiekiem. Nie wróciłam też do domu, poszłam na cappuccino do mojej ulubionej kawiarni.



Kolejna część w sobotę :)

środa, 12 czerwca 2013

W objęciach skrzydeł #7

Wróciłam do domu i od razu położyłam się spać. Wstałam po dwudziestej, zjadłam coś, wzięłam tabletkę i znów wróciłam do łóżka. Rano wstałam po szóstej, wzięłam prysznic i z dziesięć minut stałam przed szafą zastanawiając się co na siebie założyć. Ja, osoba, która nigdy nie miała z tym problemu.
- Nancy wstałaś? - Spytała cicho Connie, wchodząc do pokoju – o, tu jesteś.
- Nie wiem co ubrać – powiedziałam ze śmiechem, a Connie stanęła z otwartymi ustami.
Tak, to było dziwne.
- Ty?
- Tak, ja. Pomożesz? - Dodałam szybko.
Wybrałyśmy zwykłe, jasne dżinsy, białe adidasy i biały, ażurowy sweterek.
- Dziękuje – powiedziałam na koniec, przytulając ją.
- To dla Shane'a? - Spytała unosząc brwi.
Kiedy nie odpowiedziałam, zrobiła poważną minę.
- Chyba. Nie wiem. On chyba... Coś w nim jest. Ja chcę go bliżej poznać. To... Skomplikowane. Przepraszam – powiedziałam i zamknęłam się w łazience.
Słyszałam jak Connie odchodzi i ubrałam się. Miała rację. Wszystko pasowało.
Było dziś trochę chłodno i zapowiadało się na deszcz, jednak nie wzięłam kurtki. Chwyciłam torbę i zeszłam na dół. Connie zrobiła mi śniadanie: tosty i kawa.
- Ładnie wyglądasz – powiedziała z uśmiechem.
Zeszła mama, więc jej także zrobiła kawę.
- Podwieziesz mnie do szkoły? - Spytałam mamy.
- Connie nie może? Albo tata?
- A ty?
- Mam ważne spotkanie.
- Jasne, jak zawsze.
Rzuciłam, podziękowałam za śniadanie i wyszłam. Zaskoczyło mnie białe porsche Vici, stojące na podjeździe. Podeszłam, wsiadłam do środka i spytałam:
- Co?
- Chciałam... Jakoś wynagrodzić, że wtedy... - Nie dokończyła. Zrozumiałam.
Uśmiechnęłam się i ruszyłyśmy.

Na lunchu siedziałam sama. Podeszła do mnie Sarah i spytała:
- Mogę? - Kiwnęłam głowa, a ona usiadła – Nancy, jeśli to przeze mnie pokłóciłaś się z Victorią, to przepraszam.
- Co ty gadasz? To nie twoja wina. To po postu...
- Nie chcesz to nie mów – uśmiechnęła się i zaczęła jeść swoją kanapkę. - Ale dzięki – odwzajemniłam uśmiech i też zaczęłam jeść swój lunch.

Po skończonych zajęciach wezwał mnie do siebie dyrektor. Godzinę siedziałam w sekretariacie, aż mnie do siebie poprosił. Dochodziła piąta, a ja umówiłam się z Victorią.
- O co chodzi? - Spytałam, gdy weszłam.
- Poprawiłaś się w nauce, jestem z ciebie dumny.
- Dziękuję, coś jeszcze?
- Chciałbym byś przekazała to mamie – wręczył mi kopertę.
- Co to?
- Nie powinno cię to obchodzić, a teraz już idź.
Schowałam kopertę i poszłam na autobus. Trochę za daleko żeby iść piechotą do kawiarni, więc podjechałam cztery przystanki. Czekałam w środku i piłam cappuccino, ale Victoria dalej nie przychodziła. Było już po szóstej. Zadzwoniłam, nie odbierała. Na domiar złego, rozładowała mi się komórka. Zapłaciłam za cappuccino i wyszłam na zewnątrz, ponieważ już zamykali. Zaczęło kropić.
- Cholera – powiedziałam sama do siebie.
Zaczęło mocniej padać, więc schowałam się pod zadaszenie, lecz ono za wiele nie dawało. Był piątek, wszystko wkoło pozamykane, a na przystanek też jest kawałek. Piechotą nie wrócę, ponieważ boję się wracać sama po ciemku. Tak, ściemniało się. Zaczynałam się bać. Nie chciałam spanikować, ponieważ zaraz rozbolała by mnie głowa. Byłam cała przemoczona, było mi zimno i nie wiedziałam co robić. Podjechał jakiś samochód. Zatrzymał się, ale nie zgasił silnika. Przeraziłam się jeszcze bardziej. Kierowca opuścił szybę i zobaczyłam Shane'a.
- Wsiadaj! - Krzyknął.
W tym samym momencie podjechała Victoria. Wysiadła z auta i zaczęła mnie przepraszać.
- Gdzie byłaś?! - Wrzasnęłam na nią, przebijając się przez dźwięk deszczu dudniący o szyby i dachy – czekam od piątej. Od siódmej stoję tu i moknę. Gdzieś ty się do choler podziewała?!
- Nancy przepraszam. Proszę wsiądź...
- Obiecałaś – wtrąciłam jej.
Minęłam ją i wsiadłam do samochodu Shane'a.
- Jak to się dzieje, że zawsze jesteś, kiedy nie ma nikogo innego?
- Nie łatwiej powiedzieć, jak to się dzieje, że jesteś zawsze kiedy cię potrzebuję.
Uśmiechnął się i ruszył. Patrzyłam jak oddalamy się od Victorii.
- Wszystko dobrze? - Spytał Shane, zatrzymując się na poboczu.
- Jasne – spojrzałam na niego i utkwiłam wzrok w jego pięknych, zielonych oczach.
- Już wiem, czemu dobrze mi w szarym – powiedział śmiejąc się i wywołując u mnie palpitację serca – pasuje ci do oczu. Dlatego wtedy to powiedziałaś. Na twojej imprezie.
- Powiedziałam tak – zaczęłam się bronić – bo miałeś szarą koszulkę. Jestem szczera.
Zaśmiał się jeszcze głośniej i naturalniej. Po chwili się opanował i powiedział, wciąż się uśmiechając:
- Miałem czarną koszulkę.
Spojrzałam na niego oniemiała i sama zaczęłam się śmiać. Po chwili zaczęłam się trząść z zimna. Gdy wsiadałam do auta nie zwróciłam na to uwagi. Shane to zauważył, podkręcił ogrzewanie i powiedział:
- Jesteś cała przemoczona. Ściągaj sweter – spojrzałam na niego.
Ściągnął swój granatowy sweterek, w którym ładnie odznaczały się mięśnie i było mu bardzo do twarzy. Po spodem miał czarną bokserkę.
- No już.
- Mógłbyś się chociaż odwrócić? - Zapytałam i pewnie się zaczerwieniłam, ale Shane odwrócił głowę.
Po chwili zorientowałam się, że z pewnością widzi trochę w szybie. Zdjęłam szybko swój sweterek i założyłam jego.
- Już – powiedziałam.
Zmierzył mnie wzrokiem, kiedy przeczesywałam ręką włosy i powiedział:
- Pasuje ci - uśmiechnęłam się, on odwzajemnił uśmiech i zapytał jeszcze – to co? Pojedziesz ze mną na imprezę?
- Chyba potrzebuję trochę alkoholu – powiedziałam, a on znów się zaśmiał.
To mi się podobało. Chciałam żeby ciągle był uśmiechnięty.

Dojechaliśmy do mieszkania jego kumpla. Jak widać, on także należał do bogatych, był nawet urządzony lepiej niż ja. Duży, biały dom, wielki trawnik i pełno ludzi.
- On jest inny niż reszta? - Spytałam, kiedy Shane parkował samochód.
- Tak. Zostaw sweterek z tyłu, torbę też możesz.
Zrobiłam tak i wysiadłam. 


Krótka, wiem, dlatego dodaję :)
Kolejną jutro dodam :) A co mi tam :)

W objęciach skrzydeł #6

Wyłączając silnik gdy stał na podjeździe i zapytał:
- Na pewno wszystko w porządku?
- Tak. Jakoś dam sobie radę. Dzięki za podwózkę. Znowu – uśmiechnęłam się z nadzieją, że on zrobi to samo. Nie zrobił.
- Przykro mi z powodu... No wiesz – kiwnęłam głową.
Jeszcze raz podziękowałam za podwiezienie i weszłam do domu. Zobaczyłam walizki z holu i ucieszyłam się.
- Halo? Jest tu ktoś? - Krzyknęłam.
Z kuchni wyszedł tata i od razu rzuciłam mu się w ramiona.
- Cześć kochanie! - Krzyknął.
Po chwili przyszła mama i z nią także się przywitałam. Potem zasialiśmy wspólnie do stołu.
- Jak minął dzień? - Spytała mama.
- Pokłóciłam się z Victorią – powiedziałam beznamiętnie.
- Ale jak to? Przecież znacie się od dziecka! Na pewno się pogodzicie.
- Nie sądzę. Nawet nie wiem czy chcę – mama z tatą spojrzeli po sobie, a potem na mnie.
Connie uratowała mnie z opresji i zapytała nalewając tacie oranżady:
- Jak pański pokaz?
Uwielbiał gdy rozmawiano o jego pacy. Był wtedy wniebowzięty i zawsze miał dużo na ten temat do powiedzenia. Zaczął trajkotać jak najęty, a ja siedziałam i się uśmiechałam.
Gdy skończyliśmy jeść, poszłam do pokoju, a po godzinie wpadł tata.
- Co się stało? - Podniosłam na niego wzrok znad książki i spojrzałam głupio – chodzi mi o Victorię.
- To długa historia.
- Mamy czas.
Opowiedziałam mu wszystko. O Rose, Marc'u, Sarah, a nawet o Shane'u. Tata nie był zwolennikiem chłopców, zresztą jak większość ojców, ale nie podjął tematu. Dopiero na samym końcu skomentował:
- Jeśli jesteś pewna, że dla tego chłopaka chcesz poświecić przyjaźń Victorii, chciałbym go poznać.
- Ale Shane nie jest tu głównym wątkiem.
- Czy aby na pewno? - Nic nie odpowiedziałam, bo po części tata miał rację. Ucałował mnie w czoło i rzekł – dobranoc.
Zgasił światło, a ja zamknęłam książkę.
Shane był może nie tyle co winny, ale zamieszany. Jego pojawienie się miało jakiś wpływ na mnie, co miało wpływ na moją przyjaźń z Vic.
Nie myśląc o tym dłużej, zamknęłam oczy i zasnęłam.

- Nancy, wstawaj! - Krzyczał tata wchodząc do mojego pokoju.
- Nie chcę iść do szkoły – mówiłam nakrywając się kołdrą na głowę.
- Nie możesz uciekać przed problem.
Tata ściągnął kołdrę i kazał wstawać. Zrobiłam tak i powiedziałam:
- Nie mam samochodu.
- Podrzucę cię.
Uśmiechnął się szeroko, a ja zniechęcona poszłam wziąć prysznic.
Ubrałam rurki khaki, brązowy top i sandały, do tego moją biżuterię. Włosy przeczesałam i zrobiłam kreski eyelinerem. Tata miał rację, nie mogę uciekać od problemów, muszę stawić im czoła. Wzięłam torbę i zeszłam na dół. Zjadłam grzanki i wypiłam herbatę, a później tata podrzucił mnie do szkoły.
- O której kończysz? - Spytał, gdy byliśmy na miejscu.
- Wrócę spacerem. Ładna dziś pogoda.
- Może Shane cię podrzuci i go poznam – uniósł brwi.
- Tato – zaśmiałam się, ucałowałam w policzek i wysiadłam.
Poczekałam aż odjedzie i wraz z innymi uczniami weszłam do szkoły. Poszłam do szafki Victorii, bo myślałam, że tam ją znajdę. Miałam rację. Stala ze swoim chłopakiem i Rose.
- Cześć – powiedziałam spokojnie jak gdyby nigdy nic i wyciągnęłam zeszyt Vici – twoje notatki. Dzięki.
Po czym odeszłam. Po chwili usłyszałam jak mnie woła.
- Co? - Spytałam odwracając się.
- Możemy pogadać?
- A mamy o czym? - Spojrzała na mnie głupio – Vici, wybrałaś. Wybrałaś Rose. Z nami najwidoczniej koniec. Przykro mi.
- Nancy – powiedziała błagalnym tonem.
- Co?
- Tylko przyjaciele mogą mówić do mnie Vici – zarzuciła włosami i odeszła z podniesioną głową.
Nagle zmienił jej się humor. Byłam zszokowana, ale nie mogłam tylko jej obwiniać. Sama powiedziałam, że z naszą przyjaźnią koniec. Poszłam do klasy i zajęłam swoje miejsce. Historia, więc siedziałam z Victorią. Pawie na każdej lekcji z nią siedziałam. Musiałam to mądrze rozegrać, ale nie będę jej ustępować. Zajęłam miejsce w naszej ławce i po chwili ktoś się dosiadł. Shane. Spojrzałam na niego głupio, a on tylko spytał:
- Mogę? - Kiwnęłam głową.
- Nie, nie możesz. To moje miejsce – powiedziała Victoria stojąca nad nami.
- Niech Nancy zdecyduje – powiedział Shane i wiedziałam co robi.
- Nan? - Spytała Victoria.
Postanowiłam się jej odegrać. Tylko ona od czasu do czasu mówiła do mnie Nan, dlatego, że ja mówiłam do niej Vic. Nasze przyjacielskie skróty.
- Zdecydowałam – powiedziałam wreszcie – Shane zostaje, a ty usiądź sobie z Rose. A i jeszcze jedno – rzuciłam, kiedy siadła do Rose – tylko przyjaciele mogą do mnie mówić Nan.
- A ty w ogóle masz jakiś przyjaciół? - Stanęła w jej obronie Rose, a kilka osób się zaśmiało.
- Ma mnie – odparł Shane, aż mnie zamurowało.
- Ciebie?
- Jakiś problem? - Spytał groźnie, więc obie się przymknęły.
- Dzięki – powiedziałam cicho, ponieważ profesor już wszedł.
Shane nic nie powiedział tylko się uśmiechnął. Posłał mi ten cudowny uśmiech od którego miękły kolana, leciała ślina i serce biło dwa razy szybciej.
Na przerwie Shane poszedł ze mną do szafki. Kiedy zamykałam drzwi podeszła Victoria. Była sama.
- Nancy, możemy porozmawiać?
- Mów – powiedziałam.
- W cztery oczy – spojrzałam na Shane'a, a on skinął głową i odszedł – co to było to na lekcji?
- Nie miej do mnie pretensji. Zasłużyłaś sobie na to.
- Chciałabym się jutro z tobą spotkać w kawiarni, jeśli...
- Jasne. O której?
- Szósta?
- O siódmej zamykają. Będziesz na pewno? - Spytałam ostrożnie.
- Obiecuję.
Odparłam OK i poszłam na zajęcia.
Weszłam do klasy i zobaczyłam wolne miejsce koło Rose, Shane'a i jedną wolną ławkę. Miałam do wyboru: usiąść z Rose (ble), z Victorią (nie da rady), z Shane'm. Zajęłam miejsce obok niego, a on spytał:
- Co chciała?
- Spotkać się jutro i pogadać spokojnie.
- Cholera – powiedział nagle.
- Co?
- Kumpel robi jutro imprezę i chciałem byś ze mną poszła.
Spojrzałam na niego jak wariatka, a on wzruszył ramionami i zajęliśmy się lekcją.
Nie poszłam na lunch, postanowiłam się zwolnić, ponieważ źle się czułam. Ból głowy był nie do zniesienia. Prawie zrzygałam się w szkolnej toalecie, dlatego chciałam wrócić do domu.
Nie dzwoniłam po tatę czy Connie, uznałam, że spacerek na świeżym powietrzu dobrze mi zrobi.


Zastanawiam się czy nie wrzucić po dwudziestej kolejnej części? :)

wtorek, 11 czerwca 2013

W objęciach skrzydeł #5

- Ale jak to? - Spytała głupio Connie, gdy jadłyśmy obiad. Opowiedziałam jej o Vici i Marc'u – nic ci nie powiedziała i jeszcze ciebie oskarża o bycie dziwną?
- Właśnie. Czy to nie dziwne? - Spytałam i obie się zaśmiałyśmy – nie to, że nie lubię Marc'a, bo jest w porządku. Czasem – dodałam pod nosem – ale Victoria i ja przyjaźnimy się od dziecka. Nie rozumiem tego...
- A ten cały Shane? - Zapytała po chwili.
- Co?
- Czy ty coś z nim? - Pokręciłam głowa, a ona nie kontynuowała tematu.
Zadzwonił mój telefon. Pokazałam Connie gestem dłoni, że idę do pokoju i odebrałam.
- Cześć tato.
- Cześć Nancy – powiedział tata trochę zagłuszony, lecz po chwili znów dobrze go słyszałam – jak życie?
- Dobrze. Odsłuchałeś wiadomość ode mnie?
- Jasne. I bardzo się ucieszyłem, że prezent się podoba.
Porozmawiałam z tatą jeszcze chwilę, po czym się rozłączył. Do wieczora oglądałam filmy przed telewizorem i gdyby nie Connie, zasnęłabym z włączonym ekranem.
- Idź spać – powiedziała.
Zrobiłam jak kazała i kiedy tylko znalazłam się w łóżku, zasnęłam.

Znowu zaspałam. Obudziłam się o dziesiątej. Przeklęłam w duchu i poszłam dalej spać. Postanowiłam zrobić sobie dziś wolne, trudno. Będę mieć zaległości z historii, ale nie opłaca mi się jechać do szkoły. Do tego strasznie bolała mnie głowa.
Po pół godzinie odechciało mi się leżenia, więc wstałam. Wzięłam prysznic, założyłam dresy, koszulkę i zeszłam na dół. Wzięłam tabletkę na ból głowy i popiłam wodą.
- A ty mnie w szkole? - Zapytała zdziwiona Connie.
- Zaspałam – odpowiedziałam siadając na krześle i niewinnie się uśmiechając.
- Okey – podała mi miskę z płatkami – chcesz jechać dziś ze mną na zakupy?
- Gdzie?
- Do marketu - kiwnęłam głową i skończyłam śniadanie.

Od dziesięciu minut chodziłyśmy z wózkiem na zakupy po markecie i zastanawiałyśmy się co zrobić na obiad. Nic nie mogłyśmy wymyślić, więc postanowiłyśmy pojechać na pizze. Myślę, że Connie ucieszyła się w duchu, że nie musi dziś nic gotować. Zapłaciłyśmy za zakupy, spakowałyśmy je do bagażnika i pojechałyśmy do pizzerii.
- Muszę ci coś powiedzieć – zaczęła, gdy czekałyśmy na pizzę – spotykam się z kimś.
Oniemiałam. Najpierw przyjaciółka, teraz ona.
- Nie od miesiąca, spokojnie – powiedziała, wiedząc moje zmieszanie na twarzy – od jakiegoś tygodnia. Chciałam żebyś wiedziała.
- Jak ma na imię? - Spytałam, gdy ochłonęłam.
- Zack.
- Przystojny? - Kiwnęła głową i uśmiechnęła się – to szczęścia życzę.
Jedząc pizzę rozmawiałyśmy o facetach. Po godzinie wróciłyśmy do domu. Na podjeździe zobaczyłam samochód Vici.
- Cholera – syknęłam, ponieważ wciąż byłam zła na przyjaciółkę.
- Pogódźcie się. Ponoć znacie się od małego? - Spytała Connie z ironią.
Miała rację. Powinnyśmy się pogodzić. Wysiadłam z samochodu i kiedy chciałam wziąć zakupy, by opóźnić naszą rozmowę, Connie złapała mnie za rękę i pokazała na dom.
Poszłam i w holu zastałam Vici.
- Cześć - powiedziała, bawiąc się długimi, blond włosami.
Nic nie odpowiedziałam, tylko zaprowadziłam ją do pokoju.
- Nie było cię w szkole, więc pomyślałam, że przyniosę ci notatki – powiedziała, kładąc zeszyt na łóżku.
Chciałam ją powyzywać, ale uznałam, że to zły pomysł, więc rzuciłam tylko:
- Dzięki.
- Słuchaj, chciałam cię przeprosić – zaczęła siadając obok mnie na łóżku – powinnam ci powiedzieć, ale bałam się twojej reakcji. Nie chciałam popsuć naszych relacji w trzeciej klasie. A co do Shane'a... - Spojrzałam na nią.
- Shane'a i mnie nic nie łączy – wtrąciłam.
- Okey, ale jeśli – kontynuowała – nie mam nic przeciwko. Ty też zasługujesz na szczęście, niezależnie kto ci je da.
Przez chwilę siedziałyśmy w milczeniu. Wertowałam w głowie słowa przyjaciółki, aż w końcu nie wytrzymała i spytała:
- Powiesz coś?
- Przeprosiny przyjęte – uśmiechnęłam się i przytuliłam ją.
Posiedziała u mnie kilka godzin i poplotkowałyśmy. Później oświadczyła, że przyjedzie jutro o ósmej i wyszła.
- I jak? - Spytała Connie stając w drzwiach.
- Chyba dobrze. Zobaczymy jak będzie za kilka dni – uśmiechnęła się i odeszła.
Naprawdę nie wiem co bym zrobiła, gdyby jej nie było. Nie wytrzymałabym sama w domu.
Spakowałam na jutro rzeczy i poszłam spać, z nadzieją na dobry dzień, ale przygotowując się na najgorsze.


Victoria czekała pod domem o ósmej, jak obiecała. Ja także wyrobiłam się na czas, a nawet zjadłam spokojnie śniadanie. Dojechałyśmy do szkoły i zastanawiałam się, jak Vici i Marc się przywitają. Buziak w usta. No, no! Uśmiechnęłam się w duchu i wysiadłam z auta.
- Cześć Nancy – powiedział trochę zmieszany chłopak mojej przyjaciółki.
- Cześć, cześć – odparłam i poszłam do szkoły, zostawiając ich w tyle.
Zamykając szafkę, do której poszłam, nie rozglądnęłam się i wpadłam na kogoś. Na Shane'a.
- Przepraszam.
- Znów trzymasz z nimi? - Spytał wskazując Vici i Marc'a za moimi plecami.
- Victoria jest moją przyjaciółką – odparłam spokojnie.
Shane tylko kiwnął głową, ominął mnie i poszedł do klasy.
- Co jest? - Spytała Vici podchodząc do mnie.
- Nic. Chodźmy.
Gdy zajmowałyśmy nasze miejsca, Shane ciągle mi się przyglądał. Nie uśmiechał się. Miał dziwny wyraz twarzy. Dwa razy widziałam jak się uśmiecha. Było to tak piękne i hipnotyzujące, że miałam odwagę zrobić wszystko, by znów to zobaczyć. Tylko nie miałam pomysłów.
Profesor oddał nam ostatnie testy i wyszedł załatwić jakieś sprawy z dyrektorem.
Victoria spojrzała na mnie wyczekująco, aż odwrócę kartkę. Zrobiłam to i zobaczyłam cztery. Przyjaciółka krzyknęła na całą klasę, a ja oparłam głowę na ławkę.
- Zamknij się – powiedziałam ze śmiechem do Vici.
- Zdajesz.
- Na razie.
- Hej Nancy, jak tam test? - Spytała odwracając się Sarah.
- A co cię to obchodzi – warknęła Vici.
- Victoria! - Krzyknęłam na nią i wszystkie oczy zwróciły się w naszym kierunku.
Przyjaciółka zmierzyła mnie wzrokiem i spojrzała w bok, gdzie siedziała Rose. Zaczęła z nią rozmawiać, a ja zwróciłam się do Sarah:
- Przepraszam za nią – uśmiechnęłam się blado.
- Nie ma za co. Niektórzy już tak mają, ale dzięki za wstawienie się za mną. I chyba Shane to podziwia – odparła, a ja odwróciłam się do tyłu i spojrzałam, że Shane się uśmiecha.
Znów spojrzałam na Sarah i z uśmiechem powiedziałam:
- Dostałam cztery.
- Gratulacje – odparła i nie zdążyłyśmy więcej porozmawiać, ponieważ wszedł profesor.
Po skończonej lekcji Victoria zaczęła na mnie naskakiwać:
- Czemu ją broniłaś?
- A czemu ty ją obraziłaś? Nie będę z tobą na ten temat gadać, znasz moje zdanie dostatecznie dobrze – po czym odwróciłam się na pięcie i odeszłam.

Gdy wszystkie zajęcia się kończyły ruszyłam na parking. Victoria powinna być przy samochodzie, ponieważ wyszła wcześniej. Stała opata o maskę wraz z Rose.
- Cześć – rzuciłam cierpko – jedziemy?
- Obiecałam jechać z Rose na zakupy, możesz jechać z nami jeśli chcesz – odpowiedziała ostrożnie Vici.
- Moi rodzice wrócili, nie możesz mnie tylko podrzucić. Masz po drodze.
- No ale... - Zaczęła, ale Rose jej wtrąciła.
- Zapytaj czy Sarah cię podwiezie swoim rowerkiem – i zaśmiała się.
Tak naprawdę Sarah jeździła skuterem, ale Rose jest tak głupia, że nie widzi różnicy.
- Nie wtrącaj się – warknęłam do dziewczyny, aż przestała się śmiać.
- Miałaś rację Vici, zaczyna świrować – powiedziała z naciskiem na ostatnie słowo.
- Coś ty jej podziałała? - Spytałam przyjaciółkę, ale ona dalej stała nieporuszona. Nie wiedziała co robić.
- Wybieraj – zaczęła Rose – ona, albo ja.
- Wsiadaj – powiedziała cicho do dziewczyny, a gdy spojrzała na mnie, wzruszyła ramionami.
Cofnęłam się i pozwoliłam im wyjechać. Pół szkoły widziało to zajście i jeszcze nigdy nie czułam się tak upokorzona i zraniona. Prawda, miałyśmy z Victorią trudne chwile, ale... W moich oczach wezbrały łzy. Sarah podeszła do mnie i spytała ostrożnie:
- Nancy?
Nic nie odpowiedziałam. Minęłam ją, po czym zaczęłam biec. Chciałam stamtąd uciec, łzy leciały mi po policzkach. Byłam wściekła i smutna. Nie wiedziałam co robić. Zwolniłam i zatrzymałam się na chwilę. Usiadłam na poboczu. Podjechał jakiś samochód i wysiadł Shane.
- Nancy? - Spytał pomagając mi wstać – wszystko gra?
- Pewnie – odpowiedziałam z sarkazmem i wytarłam mokre od łez policzki.
Chciałam go ominąć, lecz złapał mnie za ramię i powiedział:
- Wsiadaj. Podrzucę cię.
Kiwnęłam głową i zajęłam miejsce pasażera.


to `fajne` i `do dupy` mi pomaga. jeśli macie jakieś propozycje, jakie określania mogłabym umieścić - piszcie :)
Kolejna część jutro, chcecie?

niedziela, 9 czerwca 2013

W objęciach skrzydeł #4

Obudziłam się przed dziesiątą z bólem głowy i w sukience. Miałam potwornego kaca. Wzięłam prysznic i ubrałam czarną bokserkę i dresy. Włosy spięłam w koka i zeszłam na dół.
- Impreza udana? - Spytała Connie, kiedy usiadłam na krześle w kuchni.
Postawiła przede mną kawę i talerz z omletami.
- Yhym – powiedziałam – rodzice dzwonili.
- Jeszcze nie. Zapomniałam, wszystkiego najlepszego – powiedziała i ucałowała mnie – twój prezent.
Podała mi małe pudełeczko. Uśmiechnęłam się i otworzyłam. W środku znajdowała się zwykła, srebrna bransoletka. Była przepiękna.
- Dziękuję – uśmiechnęłam się do niej.
- Prezenty od rodziców położę na łóżku w twoim pokoju. A ty zjedz. Czeka nas sprzątanie – powiedziała wychodząc.
Zjadłam śniadanie, zmyłam po sobie i wraz z Connie zabrałyśmy się za czyszczenie ogródka. Wzięłyśmy worki na śmieci i zbierałyśmy kubeczki, talerzyki i inne śmieci. Pół dnia zajęło nam doprowadzenie basenu, ogródka i domu do porządku. Po skończonej pracy wróciłam do pokoju. Postanowiłam rozpakować prezenty od rodziców. Pierwszy był od mamy. Nigdy nie przyznałam jej racji, że ma dobry gust muzyczny. Chopin, Beethoven i Mozart, gdzie wie jakiej muzyki słucham. Rock. Do tego dorzuciła pieniądze.
- No jasne, nie mam pomysłu na prezent i nie ma mnie, ale masz kasę. Będziesz szczęśliwa - powiedziałam sama do siebie.
Schowałam wszystko prócz pieniędzy, do pudełka, a później pod łóżko. Prezent taty był zdecydowanie lepszy. Od paru dni pytał co chciałabym dostać i kiedy poszliśmy na zakupy, zobaczyłam cudowny, czarny zegarek na rękę firmy Geneva, ze złotym obramowaniem. Były także białe i miętowe, ale czarny spodobał mi się najbardziej. Tata posłuchał mojej prośby i taki właśnie dostałam. Uśmiechnęłam się i wybrałam jego numer. Nie odbierał, więc nagrałam się na sekretarkę:
- Cześć tato. Dzwonię żeby ci tylko powiedzieć, że cieszę się z twojego prezentu. Zadzwoń – koniec. Dziwnie było mówić do pustej słuchawki, ale już się przyzwyczaiłam.
Postanowiłam pouczyć się jeszcze do testu na historię Ameryki i poszłam spać.

Następnego dnia o pierwszej zadzwoniła Victoria. Spytała czy wybiorę się z nią na lody. Zgodziłam się, ponieważ nie chciałam przesiedzieć całego dnia w domu. Czekała na podjeździe o pierwszej trzydzieści. Ubrałam czarne rurki, buty i złoty top. Do tego zegarek i bransoletkę, a włosy zaczesałam w warkocza.
- Cześć – powiedziała, kiedy zajęłam miejsce pasażera.
- No cześć – odparłam i ruszyłyśmy.
Clinton w Północnej Karolinie nie jest dużym miastem, za co bardzo je lubię. Zajechałyśmy do najlepszej kawiarni na rogu Fayetteville Street i Mc Koy Street.
- Co podać? - Spytał blond chłopak, po dwudziestce, kiedy siedziałyśmy w środku.
- Ja poproszę cappuccino – powiedziałam.
- Ja też – dodała Vici.
- Tylko cappuccino? Coś się stało? - Spytałam, kiedy kelner odszedł, ponieważ to nie było podobne do przyjaciółki.
Wzruszyła ramionami i siedziałyśmy w ciszy, dopóki chłopak nie przyniósł naszych napoi.
- Nancy? - Podniosłam na nią wzrok – mogę o coś zapytać? - Kiwnęłam głową i czekałam, aż w końcu to z siebie wydusi – ten cały Shane... Czy on ci się podoba?
- Prawie go nie znam - kiwnęłam głową – a czemu pytasz?
- Wiesz. On nie jest z naszej ligi.
- Powiedz, że się przesłyszałam – rzuciłam poirytowana – Vici, mam gdzieś całe twoje zdanie o szufladkowaniu ludzi. Nie prosiłam o to, by być na takim szczeblu na jakim jestem. Nie chciałam.
- Dobra, przestań. Wszyscy wiedzą, że to nieprawda.
- Jasne. Wszyscy wiedzą lepiej ode mnie.
Nic więcej nie powiedziałyśmy. Skończyłyśmy pić, zapłaciłyśmy i poszłyśmy do samochodu.
Zanim odpaliła, powiedziała jeszcze:
- Przepraszam.
To też było dziwne, dlatego to doceniałam. Nigdy nie usłyszałam z jej ust tych słów.
Odwiozła mnie do domu i widok Shane'a pod moimi drzwiami mnie zaskoczył. Pożegnałam się z przyjaciółką i ruszyłam w jego kierunku.
- Cześć – powiedziałam.
- Zostawiłem kurtkę w piątek – tylko tyle. Nie wiem czego od niego oczekiwałam, ale tylko na tyle było go stać.
Otworzyłam drzwi, weszłam i wpuściłam go do środka. Zaczekał w holu, a ja poszłam zobaczyć czy kurtka leży w salonie. Była tam. Wzięłam ją i zaniosłam chłopakowi.
- Proszę – kiwnął głową i otworzył drzwi – dzięki. Za wtedy.
Nawet się nie odwrócił. Po prostu odszedł. Poczułam się jak kretynka, ale musiałam mu podziękować, że stanął w obronie wazy mojej mamy.
Nie chciałam patrzeć jak odchodzi, więc wróciłam do mieszkania i poszłam się pouczyć. Musiałam zaliczyć poniedziałkowy test z historii. Wieczorem zjadłam grzanki i poszłam spać.

Obudziłam się o ósmej. Spojrzałam na telefon. Dwa nieodebrane połączenia od Vici. Wyjrzałam przez okno, ale nie było jej samochodu. Wzięłam prysznic i ubrałam się. Postanowiłam, że zegarek i bransoletkę będę nosić codziennie, nie tylko na specjalne okazje. Zbiegłam na dół i spytałam Connie:
- Podrzucisz mnie do szkoły?
Kiwnęła głową i w dziesięć minut znalazłam się na korytarzu. Byłam pięć minut spóźniona, więc kiedy weszłam do klasy, wszyscy się na mnie spojrzeli.
- Przepraszam za spóźnienie.
- Siadaj – odparł profesor i dał mi test.
Pisałam go całą lekcję, ale myślę, że dobrze mi poszedł. Gdy zadzwonił dzwonek oddałam test i nie czekając na Vici, wyszłam z klasy. Udałam się do szafki. Byłam na nią zła, że nie mogła poczekać minuty.
- Hej, gdzie się tak śpieszysz? - Spytała Vici, doganiając mnie.
- Gdzie byłaś rano?
- Byłam dziś przed twoim domem wcześniej, dzwoniłam, ale nie odbierałaś, więc...
- Więc mnie olałaś – dokończyłam za nią i odeszłam.
Na lunchu, kiedy siedziałam przy naszym stole i jadłam sałatkę, przyszła Victoria i Marc. Zachowywała się tak, jakby poranne zdarzenia nie miały miejsca.
- Cześć Nancy – powiedział do mnie, a ja tylko mu machnęłam widelcem – widzę, że nie w humorze coś jesteś?
Zmierzyłam go wzrokiem, więc się zamknął. Victoria jednak dorzuciła swoje trzy grosze:
- Ciągle ma kaca.
Nic nie powiedziałam.
- Szkoda, że impreza tak szybko się skończyła – powiedział Marc.
- Trwałaby dalej, gdybyś nie zaczął świrować – powiedziałam wściekle, lecz cicho.
- Oj przestań.
Zdenerwowana wstałam i wyszłam. Nie miałam ochoty z nimi siedzieć, a coś czułam, że zaczęłabym rzucać jedzeniem w nich.
Na następnych lekcjach Vici próbowała polepszyć relacje między nami. Na ostatniej powiedziała:
- Jestem z Marciem.
- Od kiedy? - Spytałam bez emocji.
- Od miesiąca – wytrzeszczałam na nią oczy.
- Co? - Syknęłam cicho, by inni nas nie usłyszeli – dlaczego nic mi nie powiedziałaś?
- Jesteśmy przyjaciółkami czy nie? - Spytała z wyczuwalnym sarkazmem w głosie – bo jesteś jakaś dziwna ostatnio.
- Ja – bardziej stwierdziłam niż spytałam.
- Nie poznaję cię Nancy.
- Szczęścia wam życzę – zmusiłam się do uśmiechu.
Nie żeby życzenia nie były szczere, bo cieszyłam się z jej szczęścia, ale mogła mi powiedzieć. Byłam na nią zła, nie chciałam się denerwować, ponieważ w moim przypadku źle to się kończyło.
Zawsze wpadałam w histerię lub panikę, do tego dochodziła straszna migrena. Do końca lekcji nic się nie odezwałam.
Kiedy wyszliśmy ze szkoły zaczęło padać. Nie był to przyjazny deszczyk, lecz ulewa. No i zapowiadało się na burzę.
- Nancy chodź, podrzucę cię – powiedziała Vici.
- Nie, dzięki. Przejdę się – chciałam iść, lecz mnie zatrzymała.
- Nie bądź głupia. Wiem, że jesteś na mnie zła, ale...
Nie dokończyła, ponieważ wyszłam. Szłam przesz deszcz. Zarzuciłam kaptur, lecz to nie dawało wiele.
- To tylko dziesięć minut drogi – powiedziałam do siebie, kiedy zabrzmiał pierwszy grzmot.
- Nancy! - Ktoś mnie zawołał.
Odwróciłam się i zobaczyłam Shane'a wołającego mnie. Zignorowałam go jednak i szłam dalej. Podjechał obok mnie samochodem, wysiadł z niego i siłą wepchnął na miejsce pasażera.
- Nie musisz tego robić – wypaliłam kiedy zajął swoje miejsce.
- To proszę, wysiadaj.
Mimo wszystko jednak zostałam. Zanim ruszył, strzepał wodę z włosów i nawet to w jego wykonaniu było pociągajcie.
- Co? - Spytał, kiedy przyłapał mnie na obserwowaniu go.
- Nic.
Włączył muzykę i z głośników wydobyły się cudowne dźwięki rocka. Oparłam głowę o zagłówek i zamknęłam oczy. Gdy zaparkował na podjeździe, powiedział:
- Wstawaj, śpiąca królewno.
- Nie śpię – odpowiedziałam i przetarłam oczy – dziękuję.
- Nancy – spytał, zanim otworzyłam drzwi – wtedy na imprezie, gdy byłaś pijana – zatrzymał się na chwilę i uśmiechnął, a mnie znów przeszły ciarki. - Do kogo masz szacunek?
- Do wszystkich – odparłam po chwili – chociażby po trochu.
- Więc jesteś inna od reszty – powiedział i odgarnął kosmyk moich włosów.
Nie chciałam robić nic głupiego z chłopakiem, którego prawie nie znałam. Uśmiechnęłam się i wyszłam. Pobiegłam do domu i zanim weszłam, patrzyłam jeszcze jak odjeżdża. 


kolejna część - wtorek 

piątek, 7 czerwca 2013

W objęciach skrzydeł #3

Znowu zaspałam. Obudziłam się kwadrans przed ósmą. Wyskoczyłam z łóżka, wzięłam ekspresowy prysznic, ubrałam pierwsze lepsze ciuchy. Było za pięć, kiedy zeszłam na dół. Zastałam na stole w kuchni kartkę z informacją od Connie, że pojechała na zakupy i, że śniadanie muszę zrobić sobie sama. Ucieszyłam się, ponieważ nie mam czasu, a to się równa temu, że gdyby Connie coś przegotowała, nie poszło by to na marne. Na dole widniała jeszcze informacja – sto lat. Wybiegłam z domu i zobaczyłam Vici. Miała otwarty dach i już widziałam jak sięga po telefon.
- Hej! - Krzyknęłam do niej i kiedy spojrzała, pomachałam.
Zajęłam miejsce pasażera i ruszyłyśmy.
- Kupię ci na urodziny nowy budzik.
- Po co? Jeżdżę z tobą, a nie autobusem.
- Tak, tak. W ogóle wszystkiego najlepszego kochaniutka! - Pisnęła i chciała mnie ucałować.
- Patrz na drogę! - Krzyknęłam, gdy zboczyła na drugi pas.
- Cieszysz się z dzisiejszej imprezy?
- Nie – spojrzała na mnie spode łba.
- Connie nie będzie? - Kontynuowała swoje pytania, jak gdyby moja odpowiedź jej nie interesowała. Pokręciłam głową, a ona dodała – po szkole jedziemy ci kupić sukienkę.
- Tak jakbym nie miała szafy pełnej ubrań.
- Tak jakby prawie wszystko nie było z second-handów – odgryzła mi się.
- Mam jakieś trzy sukienki. Na żadne zakupy nie jadę – powiedziałam stanowczo, odwracając od niej wzrok.
Do szkoły dojechałyśmy w ciszy. Kiedy szłyśmy korytarzem wszyscy mnie zatrzymywać i dopytywali o imprezę. Po drugiej lekcji, Victoria zaczęła mnie zamęczać przygotowaniem.
- Imprezę zrobisz w ogródku, będzie dostęp do basenu. Kupimy balony i jedzenie. Najlepiej pizza. Alkoholem zajmie się Marc – i tak cały dzień.
Po zajęciach mieli z Marc'iem jechać na zakupy. Odmówiłam.
- Ale jak wrócisz do domu?
- Autobusem? - Odpowiedziałam pytaniem, a Vici się skrzywiła – pójdę na piechotę. Przyda mi się porządny spacer.
- Jak chcesz – powiedziała niechętnie.
Żeby nie czekać, aż zmienię zdanie, pomachałam i poszłam.
Przechodziłam obok opartego o swój samochód Shane'a. Znów mi się przyglądał z tym dziwnym uśmieszkiem na ustach.
- Co znowu? - Spytałam stając naprzeciw niego.
Wzruszył ramionami i zapytał:
- Podrzucić cię?
Zaszokowało mnie to, ale się nie zgodziłam. Serio, wolałam iść piechotą. To tylko dziesięć minut drogi.
- Nie – rzuciłam i poszłam.
Gdy znalazłam się w domu poszłam się zdrzemnąć na chwilę. Connie nigdzie nie było widać, więc nie chciałam się szwendać sama po domu. Jeśli zaśpię, przynajmniej ominie mnie ten cały szajs.
- Boże, w co ja się wpakowałam – powiedziałam rzucając się na łóżko.

-Nancy! Nancy wstawaj! Za godzinę twoja impreza – obudził mnie słodki głos przyjaciółki.
Otworzyłam oczy i spojrzałam na Vici.
- Idź sobie – machnęłam ręką i znów zamknęłam oczy.
Przyjaciółka nie czekała aż wstanę. Zrzuciła mnie z łóżka, aż spadłam z hukiem. Bardziej się przestraszyłam, niż mnie to bolało.
- Sama przygotowałaś to wszystko? - Spytała kładąc coś na moim biurku.
- Co?
- Balony, serpentyny na zewnątrz?
- Nie – spojrzała na mnie spode łba i po chwili się uśmiechnęła – może Connie? - Dodałam, lecz ona już zmieniła temat.
- Oto mój prezent urodzinowy – powiedziała i zachęciła do otworzenia pudełka.
Niepewnie i wolno podeszłam do biurka. Victoria cały czas bacznie mnie obserwowała i była bardziej szczęśliwa niż ja. Bałam się. Bałam się tego co mogę znaleźć w środku.
Otworzyłam pudełko i wyciągnęłam zawartość. Była to ładna, krótka sukienka. Zwykła, prosty fason. Kolor granatowy. Wiązana na szyi.
- I jak ci się podoba? - Spytała przyjaciółka.
Musiałam przyznać, sukienka była prześliczna, lecz nie w moim typie. Jednak nie chciałam zrobić Vici przykrości, dlatego skłamałam:
- Jest cudowna. Bardzo ci dziękuję – ucałowałam ją w policzek i przytuliłam, by uwierzyła w moje słowa.
- Założysz ją dzisiaj? - Spytała z błyskiem w oczach.
Znów mnie zaskoczyła, lecz pokiwałam głową. Wyszła z pokoju szczęśliwa i rzuciła, że mam się przygotować.
Poszłam do łazienki. Spojrzałam na zegarek, było wpół do piątej, więc postanowiłam wziąć szybki prysznic. Później ubrałam sukienkę. Victoria ma dobry gust i idealne trafiła w mój rozmiar. Ciuch leżał na mnie dobrze, choć nie mam zawyżonej samooceny. Na nogi ubrałam zwykłe, czarne baleriny. Zrobiłam delikatny makijaż i przeczesałam swoje czarne włosy.
Zeszłam na dół, gdzie czekali na mnie Victoria, Marc i Rose. Rodzice Rose byli wysoko postawionymi biznesmenami i ona także gardziła ludźmi z `niższego szczebla`. Była jeszcze gorsza niż Vici, bo chwaliła się wydanymi pieniędzmi rodziców, a w życiu w niczym daleko nie zaszła. Nie przepadałam za nią za bardzo, lecz potrafiła poprawić humor, gdy nie obrażała ludzi.
- No, no! Wyglądasz bosko! - Pochwaliła mnie przyjaciółka, a Rose tylko jej zawtórowała.
- Ja nie mam dla ciebie prezentu... - Zaczął Marc, lecz mu przerwałam.
- Nie trzeba było – i uśmiechnęłam się.
Naprawdę nie zależało mi na prezentach.
- Zaraz pojawią się ludzie, musimy iść – powiedziała Rose i wstała z krzesła.
Wyszłam za nimi i w ogrodzie było już kilka uczestników imprezy. Każdy mnie po kolei zatrzymywał, składał życzenia urodzinowe i wręczał drobny prezent. Później wracał do swoich ludzi i pił. Nie wiem jakim cudem udało się Marc'owi załatwić tyle alkoholu, ale nie przejmowałam się tym.
Po około godzinie, kiedy DJ i goście się rozkręcili, usiadłam na schodach prowadzących do domu z piwem w ręku. Nie bawiłam się dobrze, lecz próbowałam to ukryć. Już parę razy zostałam nakrzyczana przez przyjaciółkę, lecz na razie odpuściła.
- Wszystkiego najlepszego – powiedziała siadając obom mnie Sarah.
- Dzięki – odparłam i uniosłam w górę kubek, a potem obie wypiłyśmy zawartość swoich naczyń.
- Jak leci? - Spytała.
- Świetnie – odparłam z sarkazmem.
- Shane pytał o ciebie – powiedziała niepewnie, jakby bała się mojej reakcji.
- Co? - Spytałam, a po chwili dodałam – Shane tu jest – kiwnęła głową – gdzie?
- Widziałam go przed chwilą koło bramy.
- Przepraszam na chwilę – wstałam i oddaliłam się od niej.
Doszłam do bramy prowadzącej z ogródka na ulicę i zobaczyłam opartego Shane'a. Miał na sobie szarą bluzę i brązowe spodnie. Ładnie mu było w szarym.
- Co tu robisz? - Spytałam trochę za ostro.
- Myślałem, że każdy jest zaproszony – odparł z cynicznym uśmiechem na ustach.
- Myślałam, że nie lubisz bogatych dzieciaków.
- To prawda. Ale ty wydajesz się inna.
- Skąd wiesz? Przecież mnie nie znasz, a już kilka razy udowodniłeś, że jestem jak reszta.
- A jesteś? - Spytał znajdując się nagle bliżej niż powinien, a później odszedł. Podszedł do Sarah i zaczął z nią rozmawiać.
- Nancy? Nancy! - Słyszałam jak ktoś mnie woła – tu jesteś – Vici – chodź zatańczyć!
Mimo moich przeczeń, wyciągnęła mnie na parkiet.
Nie wiem kiedy przestałam liczyć ilość wypitego alkoholu, choć przyrzekałam sobie, że nie wypiję za dużo. Później wszyscy śpiewali mi sto lat i znów tańczyli. Pamiętam urywki – picie, taniec, picie, taniec. Byłam jeszcze na tyle trzeźwa, że mogłam chodzić o własnych siłach. Znalazłam w tłumie Shane'a i spytałam:
- Powiedzieć ci co mnie wyróżnia od reszty?
- Dawaj – odparł bez emocji.
- Szacunek. Ja mam szacunek.
- Do kogo? - Znów mnie zagiął.
Nic nie odpowiedziałam, tylko zaczęłam się śmiać. Nie wiem czemu tak zareagowałam, nie kontrolowałam swojego zachowania.
- Pasuje ci ten kolor – powiedziałam jak jakaś idiotka, bawiąc się jego koszulką.
- Jesteś pijana? - Spytał ze śmiechem.
Po raz pierwszy zobaczyłam jak się śmieje i na sam ten widok serce mi prawie stanęło. Miał tak piękny uśmiech i takie idealne zęby.
- Ja? Nigdy – odparłam.
- Oho! Chyba impreza ucieka ci spod kontroli.
Odwróciłam się i zobaczyłam co ma na myśli. Na środku zebrał się tłum ludzi. Podeszłam tam i zobaczyłam stojącego wewnątrz Marca. Trzymał coś w rękach i chciał to chyba rozbić. Po chwili zorientowałam się, że to ulubiona waza mojej mamy. Podbiegłam do niego, wyrwałam mu to z rąk i krzyknęłam:
- Zostaw to!
- Nancy przestań. Psujesz zabawę – odkrzyknął, a tłum mu zawiwatował.
Chciał mi wyrwać wazę z rąk, lecz próbowałam ją trzymać mocno. Nikt nie chciał mi pomóc, zainterweniować. Prawie nikt. Nagle nie wiek skąd, pojawił się Shane.
- Koleś zostaw to i wracaj lepiej do domu – powiedział.
- A ty co tu robisz? - Spytał Marc.
Nie chciałam by doszło do jakiejś niepotrzebnej bójki. Lubiłam Marc'a i chyba zaczynałam lubić Shane'a.
- Koniec imprezy! - Wrzasnęłam, a ludzie zaczęli buczeć – na co jeszcze czekacie? Wnosić się stąd!
W końcu do nich dotarło, że nie żartuję. Shane i Marc dalej mierzyli się wzrokiem. Podeszła Victoria i Rose, zabrały Marc'a i także wyszli. Zostaliśmy tylko ja i Shane.
- Wow! Nie wiedziałem, że potrafisz być taka ostra – powiedział z uśmiechem.
Zaczęło mi się kręcić w głowie i upadłabym, gdyby nie on.
- Zaprowadzę cię do domu.
Powiedział i nic więcej nie pamiętam, ponieważ zasnęłam.


Kolejna część - niedziela.
Ktoś to czyt jeszcze?

środa, 5 czerwca 2013

W objęciach skrzydeł #2

Obudziłam się przed piątą rano. Wzięłam długi, gorący prysznic i wyszykowałam się do szkoły. Postawiłam na czarne rurki i szary top. Idealnie współgrał z moimi oczami. Ciągle się zastanawiam, czemu są szare. Rodzice jednak twierdzą, że jestem wyjątkowa. Dochodziła siódma, więc wzięłam torbę, kurtkę i zeszłam na dół. W kuchni czekała na mnie jajecznica zrobiona przez Connie. Pochodziła z Anglii, nawet nie wiem jak rodzice ją znaleźli, ale dobrze jej płacą i zapewnili jej dobre warunki u nas. Nie chciałam mieć niani, lecz dobrze jest mieć kogoś w tak dużym domu, kiedy oni wyjeżdżają.
- Dzień dobry Nancy. Jak się spało?
- Długo – odparłam i obie się zaśmiałyśmy.
Bardzo ją lubiłam, z czasem się do siebie zbliżałyśmy.
- Mama dzwoniła? - Spytałam zabierając się za jedzenie. Umiała świetnie gotować.
- Tak. Kazała cię pozdrowić. Tata też.
Kiwnęłam głową. Nie ciągnęłyśmy tematu.
- Tu jest twoje śniadanie do szkoły. Jeśli nie potrzebujesz niczego, pójdę pobiegać.
- Jasne. Dziękuję! - Krzyknęłam za nią, gdy zniknęła w korytarzu.
Nie wiem czemu biegała. Sylwetkę miała idealną. Nawet Victoria jej zazdrościła, która uważa się za najlepszą we wszystkim. Kiedyś spytałam Connie czemu biega. Odparła, że dla zdrowia, urody i lubi to. Od tamtego czasu biegam co jakiś czas. Czasami z nią, czasem sama. Muszę przyznać, że poprawiło mi tu humor na pewien okres. A później wszystko znów zaczęło się walić.
Zjadłam jajecznicę, zmyłam po sobie i udałam się przed dom. Po chwili podjechała Victoria. Wsiadłam do auta i ruszyłyśmy do szkoły.
- Jak się czujesz przed urodzinami? - Spytała nagle przyjaciółka.
- Dennie – spojrzała na mnie – rodzice wczoraj wyjechali. Rozumiesz? Dwa dni przed moimi dziewiętnastymi urodzinami.
Opowiedziałam jej moją rozmowę z mamą. Skomentowała to tak: wielka balanga, żeby się na nich zemścić.
- Wiesz, że nie lubię imprez w moim domu – odpowiedziałam.
- Czasami jesteś dziwna, wiesz?
- Zamknij się blondi.
Rzuciłam, a ona zahamowała gwałtownie na parkingu przed szkoła, ponieważ nienawidziła, gdy ją tak nazywałam.
- Wysiadaj czarnuchu – a tak mi się odpłacała.
Ze śmiechem wysiadłyśmy z samochodu i zauważyłam, że Shane znów nam się przygląda. Znów stoi oparty o swoje auto, lecz nie pali. Miał na nosie czarne awiatory, które jeszcze bardziej podkreślały jego hipnotyzującą postawę.
- Znów się patrzy – powiedziałam do Vici i zatrzymałam się.
- Daj spokój i ignoruj go – rzuciła i złapała mnie pod rękę.
Choć nie chciałam się ruszać, poszłam za nią do szkoły.
Znowu byłam nieobecna na lekcjach, a zwłaszcza na historii Ameryki. Był to tak nudny przedmiot, że dzięki rysowaniu aniołów, nie zasypiałam. Jenak przez to, że nie uważałam, dostawałam złe oceny. Może i miałam bogatych rodziców, i wszystko czego chce większość dzieciaków, nie byłam jednak dobra z tego przedmiotu. Nie twierdzę, że jestem głupia, lecz pamiętanie dat i wydarzeń nie należy do moich mocnych stron.
- Znów skupiasz się na czymś czego na pewno nie będzie na sprawdzianie – powiedział do mnie profesor, a kilka osób zawtórowało mu śmiechem.
- Przepraszam – powiedziałam i odłożyłam ołówek.
- Nie przepraszaj, tylko się skup – rzucił i odszedł.
Zaczęłam przepisywać notatki z tablicy i czułam, że obleję kolejny test.
Kiedy zajęcia się skończyły, poszłyśmy z Vici do toalety.
- Kiedy jest test z historii Ameryki? - Spytałam, gdy przyjaciółka poprawiała usta błyszczykiem.
- Nie zapisałaś? - Pokręciłam głową. Zapomniałam – Nancy, chyba nie chcesz siedzieć w trzeciej klasie?
- Oczywiście, że nie chcę. Po prostu... Nie potrafię się skupić na tych zajęciach.
- To załatw sobie korepetytora.
- Nie – rzuciłam i wyszłam.
Nie chciałam by ktoś mnie uczył. A jeśli będę potrzebowała pomocy, zwrócę się do Connie.
Zaczekałam pod drzwiami aż wyszła Vici. Kiedy stanęła obok, obrzuciła mnie złowieszczym spojrzeniem i ruszyłyśmy do klasy. Kolejna była matematyka. Dobrze, że przynajmniej ten przedmiot przyswajam. Lecz nawet u profesor Rutpoor, która nigdy nie pozwala nam nie uważać – rysowałam. Nie wiedziałam co się ostatnio ze mną dzieje. Jeśli miałam jakąś kartkę czy coś do pisania, rysowałam. Przyłapałam się nawet na tym, kiedy oglądałam telewizję. Trzymałam w ręku długopis i nieświadomie narysowałam na ręku skrzydła.
Po zajęciach udałyśmy się na lunch. Zasiadłyśmy do stołu naszego i znajomych. Wszyscy wesoło rozmawiali, tylko ja czułam się jakoś dziwnie.
- Nancy? - Wyrwał mnie z zamyśleń Marc.
Bardzo bliski kolega Victorii. Chodzi do klasy sportowej. Od dawna się w nim podkochuje, ale pierwsza nie zrobi kroku. Według jej teorii – chłopak ma się starać o dziewczynę.
- Przepraszam, zamyśliłam się – uśmiechnął się. Był nawet przystojny, lecz nie w moim typie. Krótkie blond włosy były nierówno ostrzyżone, do tego czasami przesadzał z siłownią i sterydami. Grał w szkolnej drużynie futbolowej, jego ojciec był kiedyś jednym z najsławniejszych rozgrywających, a o matce nie mówi.
- Pytałem czy robisz jutro jakąś imprezę?
- Nie lubię robić imprez u siebie w domu. Zwłaszcza, gdy nie ma rodziców.
- No przestań! Właśnie o to chodzi! Najlepsza jest adrenalina.
- Też jej mówiłam, że to będzie słodka zemsta. Ale głównie chodzi o to, żeby się nie dowiedzieli – wtrąciła Vici.
- Nie ma mowy. Nie zrobię imprezy. Co z Connie?
- Kim? - Spytał Marc.
- Jej niańką – powiedziała Vici, a ja zmierzyłam ją wzrokiem.
- Masz niańkę? - Zaśmiał się chłopak.
- Tak. Jakiś problem? - Spytałam groźnie, bo nie lubiłam gdy ktoś się z tego śmiał.
Może było to trochę żenujące, ale mnie denerwowało. Marc spoważniał i znów wrócił do tematu imprezy.
- Ja z Vici się wszystkim zajmiemy, ty tylko pozbądź się Connie.
- Nie wiem czy to dobry pomysł.
Chciałam się wycofać, lecz kiedy Marc ogłosił to całej szkole, nie było wyjścia.
- Hej ludzie! - Wrzasnął stając na krześle – jutro u Nancy wielka balanga z okazji dziewiętnastych urodzin! Godzina siedemnasta! Wszyscy jesteście zaproszeni!
Schowałam głowę w rękach i słyszałam salwy, brawa i oklaski.
- Gotowe – pisnęła podekscytowana Victoria.
- Super – mruknęłam pod nosem i skończyłam jeść sałatkę.

Kiedy Vici odwiozła mnie do domu postanowiłam opowiedzieć wszystko Connie. Może ona coś wymyśli.
- Wow! Myślałam, że nie lubisz robić imprez – skomentowała.
- Nie lubię i nie wiem jak to odkręcić. Chyba nie mam wyboru.
- Chyba nie.
- Nie pomagasz - powiedziałam podnosząc głos, lecz nie byłam na nią zła.
- Kochanie, a może czas się troszkę zbawić? Raz się nic nie stanie, a rodzice się o niczym nie dowiedzą.
- Masz jutro wolne – powiedziałam przytulając ją – cały dzień dla siebie. Należy ci się – uśmiechnęła się i poszłam do swojego pokoju.
Włączyłam laptopa i zalogowałam się na Facebooka. Na tablicach kilku znajomych można było wyczytać o jutrzejszej imprezie. Balanga roku i tak dalej. Czułam, że to wszystko nie zapowiada się dobrze. Zadzwonił mój telefon. Spojrzałam na ekran – tata. Ucieszyłam się. Od zawsze mam z nim lepszy kontakt niż z mamą. On akceptuje mój styl bycia i to jak się ubieram, a mama wszystkiego się czepia. Uważa, że skoro jestem kobietą, to tak powinnam się zachowywać i ubierać.
- Cześć tatku – powiedziałam do aparatu.
- Cześć malutka. Co słychać?
- W porządku, nawet. A u ciebie? Jak pokaz?
- Wspaniale. Naprawdę mi przykro, że jestem tu bez ciebie, ale kiedyś cię zabiorę.
- Do Paryża.
- Do Paryża – potwierdził moje słowa.
- Kiedy wracasz?
- W tym samym czasie co mama. A czemu pytasz? Naprawdę chciałbym być na twoich urodzinach, ale...
- Rozumiem – przerwałam mu – chciałam spytać. Mogę zrobi jutro małe przyjęcie? Paru znajomych?
- Oczywiście – odpowiedział po chwili namysłu – muszę kończyć. Kocham cię. Pa.
- Pa - powiedziałam do głuchej już słuchawki.
Odrobiłam lekcje, pouczyłam się na jutrzejszy test z chemii i położyłam się spać. Zasnęłam z obawami do jutrzejszego dnia.


Kolejna część w piątek. I jak?
Na końcu wpisu każdy może klikać, co myśli o danym wpisie.

poniedziałek, 3 czerwca 2013

W objęciach skrzydeł / #1

- Gdzie jesteś? - Usłyszałam w słuchawce telefonu. Dzwoniła moja najlepsza przyjaciółka, z którą jeżdżę do szkoły.
- Zaraz będę – rzuciłam i rozłączyłam się.
Nie lubiłam kiedy ktoś na mnie czeka, ale dzisiaj zaspałam. Założyłam szybko czerwone rurki, czarną koszulkę i przeczesałam moje czarne do ramion włosy. Jedyny makijaż, który zdążyłam zrobić, to pomalowanie rzęs tuszem. Włożyłam buty, chwyciłam torbę i wybiegłam z pokoju.
- Dokąd to bez śniadania młoda damo? - Spytał tata, kiedy chciałam przejść niezauważona koło kuchni.
- Przepraszam, ale Victoria już na mnie czeka – rzuciłam i podeszłam dać tacie całusa w policzek.
Mama jeszcze spała, więc cicho wyszłam z domu. Podeszłam do białego porsche panerema i usłyszałam zarzuty w sprawie spóźniania się ze strony przyjaciółki.
- W ogóle co ty masz na sobie? - Dodała, kiedy zapięłam pas, a ja spojrzałam na siebie zdziwiona - czerwone rurki dawno wyszły z mody.
- Jedź – westchnęłam i sprawdziłam maile w telefonie.
Kochałam Victorię, choć potrafiła działać na nerwach. Mimo że jej rodzice i moi byli bogaci, nasze style się różniły. Ona lubiła podkreślać grubość swojego portfela i zawsze miała najlepsze ciuchy. Ja za to stawiałam na wygodę i luz. Większość moich ciuchów pochodziła z second-handów, choć nawet ja lubiłam czasem mieć coś markowego.
- Jak tam nowy projekt twojego taty? - Wyrwała mnie z zamyśleń.
- Chyba dobrze. Nie chce na razie nic mówić, żeby nie zapeszać.
- A co z samochodem?
- Nie wiem.
- Jak to nie wiesz? - Zapytała głupio – Nancy, jesteśmy w trzeciej klasie liceum. Nie możesz nie mieć samochodu!
- Mogę – odparłam spokojnie.
- Nie będę woziła cię cały rok.
- Też cie kocham.
W odpowiedzi usłyszałam jej westchnięcie, a później włączyła radio.
Dojechałyśmy do szkoły i ruszyłyśmy w kierunku szafek. Ludzie się z nami witali i pytali kiedy nowy pokaz. Mama Victorii jest światowej sławy modelką, a jej tata zawsze wygrywa w kasynach. Kiedyś był gitarzystą sławnego rockowego zespołu, a mimo to, dalej jest pamiętany. Lubię jej tatę. Zawsze znajdzie czas na wszystko. Mógłby dużo nauczyć moich rodziców. Tata jest projektantem mody i architektem, a mam bizneswoman. Kocham ich ponda życie, jednak nie poświęcają mi zbyt dużo czasu i myślą, że pieniądze mi to wynagrodzą. Nie wiedzą jak bardzo się mylą. Pieniądze nie znaczą dla mnie wszystkiego, choć to właśnie na nich się wychowałam. Nie miałam żadnego wzoru do naśladowania. Dla Victorii jest to raj. Jesteśmy popularne, faceci za nami szaleją, a dziewczyny nam zazdroszczą. Czego chcieć więcej? - Jej słowa. Ja potrzebuję szczerości, bo całe to życie jest kłamstwem. Jednak nigdy nie miałam odwagi jej tego powiedzieć.
- Wiesz, że ma dojść do nas nowy chłopak? - powiedziała Sarah łapiąc mnie pod rękę.
Była drobną blondynką w porównaniu do Vici, lecz ją lubiła. Victoria miała o niej inne zdanie. Biedna. Nie można było jej nic wbić do głowy, jeśli uparła się przy swoim zdaniu.
Walczyły na każdym kroku, nawet o mnie. Kiedy Vici zauważyła, że rozmawiam z Sarah, podeszła, odsunęła ją i sama pociągnęła mnie do klasy.
- Nowy chłopak? - Spytałam, gdy usiadłyśmy w ławce.
- Tak. Pochodzi z Virginii. Jest starszy o rok i ponoć siedział w więzieniu.
Spojrzałam na nią zdumiona i zapytałam:
- Skąd wiesz?
- Plotki.
- Czemu zawsze w nie wierzysz?
- Bo zawsze mają w sobie trochę prawdy.
Westchnęła i nie ciągnęłam dalej tematu. Vici była nieprzewidywalna i zawsze stawiała na swoim.
- Czy to nie dziwne, żeby przychodzi do szkoły, prawie miesiąc po rozpoczęciu roku? - Spytała, a ja wzruszyłam ramionami.
Do klasy weszła profesor Rutpoor i zaczęła zajęcia od sprawdzenia listy obecności. Kiedy skończyła, otworzyły się drzwi i do środka wszedł wysoki chłopak z burzą brązowych włosów. Miał czarne spodnie i buty, do tego szarą bluzę z kapturem. Zajął miejsce na końcu sali i można było usłyszeć jak wszystkie dziewczyny wypuściły wstrzymywane powietrze – tak, ja też.
- Pan Lorens, jak mniemam? - Spytała matematyczka.
- Shane – powiedział chłopak. Miał piękny głos.
Poważnie. Jeszcze nigdy nie zachwycałam się czyimś głosem.
Profesorka już nic nie odpowiedziała, zaczęła lekcję.
- Miałam rację – szepnęła do mnie Victoria.
- Z czym?
- Z tym, że jest kryminalistą.
- Skąd wiesz? - Powtórzyłam swoje pytanie sprzed paru minut.
- Wygląda na takiego.
Pokręciłam głową, nie dowierzając w jej głupotę i zaczęłam przepisywać notatki z tablicy.
Po czterdziestu pięciu minutach wyszliśmy z klasy i udałam się z Victorią do sekretariatu. Musiała odebrać jakieś papiery. Otworzyłyśmy drzwi do dużego pomieszczenia i zobaczyłyśmy stojącego przy kontuarze Shane'a. Chłopak odebrał coś od sekretarki i usiadł na kanapie.
- Czego wam trzeba dziewczynki? - Spytała nas kobieta.
- Przyszłam odebrać swoje papiery.
- Nazwisko kochaniutka – spytała, a ja od razu pomyślałam, że to zły krok.
Victoria się denerwuje, kiedy ktoś pyta ją o nazwisko. Uważa, że jeśli jej rodzice są sławni, to ona także ma być rozpoznawana.
- Ma pani czelność pytać jak się nazywam? - Zaczęła Vici, ażeby nie słuchać jej wywodów, odpowiedziałam za nią.
- Winston, proszę pani. Victoria Winston.
Kobieta się uśmiechnęła i znikła.
- Czemu? - Zaczęła przyjaciółka i wskazała na miejsce, gdzie przed chwilą stała sekretarka.
- Przestań. Gdybyś była milsza dla ludzi, pewnie pamiętali by jak się nazywasz.
Zmierzyła mnie wzrokiem, lecz zaraz odzyskała świetny humor i powiedziała do mnie.
- Nancy? - Znaczy wyrwała mnie z obserwacji Shane'a.
- Co? - Spojrzałam na nią, a ona zachichotała.
Wróciła sekretarka i wręczyła kopertę Victorii. To obrzuciła ją złowieszczym spojrzeniem i odwróciła się z uniesioną głową. Kiedy byłyśmy przy wyjściu, ktoś mnie zawołał:
- Leed! - Odwróciłam się i zobaczyłam stojącego w drzwiach swojego gabinetu dyrektora – do mnie. Teraz.
- Spotkamy się na fizyce – rzuciłam do Vici i udałam się za dyrektorem.
- A co ze mną? - Spytał ktoś zza naszych pleców.
- Co z tobą? - Odpowiedział pytaniem na pytanie dyrektor. Nie był zbyt przyjazny.
- Byłem z panem umówiony.
- Lorens, tak? - Spytał, a Shane kiwnął głową – ona pierwsza.
Chłopak westchnął i powiedział:
- Jasne.
- Jeśli on bł pierwszy, to ja poczekam – wtrąciłam.
- Idź. Przecież jesteś ważniejsza – powiedział Shane i usiadł z powrotem na kanapie, a dyrektor `wepchnął` mnie do gabinetu.
Poczułam się głupio po słowach Shane'a, lecz nie chciałam o tym myśleć. Kiedy zajęliśmy miejsca, powiedział:
- To twoje – i rzucił przede mnie teczkę.
Otworzyłam ją i zobaczyłam w niej moje rysunki. Przez chwilę je oglądałam. Większość to same anioły z czarnymi skrzydłami.
- Skąd pan to ma? - Spytałam.
- To twoje rysunki z kilku ostatnich dni. Nie uważasz na lekcjach. Będę musiał powiadomić rodziców?
- Nie. To się nie powtórzy.
- Weź się za siebie Leed – kiwnęłam głową – możesz iść.
Wyszłam i minęłam się z Shane'm. Po raz pierwszy w życiu poczułam się zignorowana. To nie było miłe.
Kiedy poszłam do klasy na następne zajęcia i zajęłam miejsce koło Vicki, spytała:
- O co chodziło?
- Opuściłam się w ocenach i takie tam.
Nie drążyła tematu, ponieważ wiedziała, że nie jest on dla mnie łatwy. Wszedł profesor i zaczęliśmy lekcje. Każda kolejna minęła mi jak ta – nudno. Prawie każdy zeszyt mam obrysowany w anioł. Nie wiem co się ze mną dzieje. Nie jestem wierzącym człowiekiem, więc nie wiem skąd u mnie takie zainteresowanie takimi istotami. Kiedy byłam mała uczona nas, że anioły są dobre i mają białe skrzydełka. Na moich rysunkach było odwrotnie.
- Może ty nam powiesz, Nancy?
Podniosłam głowę znad rysunku i spostrzegłam, że wszyscy się na mnie patrzą.
- Może pan powtórzyć pytanie?
- W jakich latach trwała wojna secesyjna?
- Nie wiem – odparłam i usłyszałam, jak za mną Shane dodaje.
- Oczywiście. Co bogate dzieci mogą wiedzieć o historii Ameryki.
- Shane... Lorens. Jak jesteś taki wygadany, to ty nam powiedz – powiedział profesor.
Siedziałam i gapiłam się przed siebie. Nie wiem za co chłopak tak mnie nie lubił.
- Od tysiąc osiemset sześćdziesiątego pierwszego, do tysiąc osiemset sześćdziesiątego piątego.
- Dobrze. A główna przyczyna?
- Niewolnictwo. Chociaż większość twierdzi, że Południe miało dość przymusowej pracy, więc się zbuntowało.
- Bardzo dobrze Shane. Chciałbym, żebyście wszyscy choć tyle wiedzieli. Panno Nancy – spojrzał na mnie, a ja miałam odwagę tylko na kiwnięcie głową.
Kiedy skończyła się historia i wszyscy udali się na parking, zapytałam Vici:
- O co chodzi temu Shane'owi?
- Nie rozumiem.
- No, co on do mnie ma.
- A czemu się tym przejmujesz? - Spytała poirytowana.
- Sama nie wiem. Ale się dowiem – spojrzałam na Shane opartego o maskę swojego samochodu i przyglądającego się nam – zaraz wrócę.
Rzuciłam i ruszyłam w jego kierunku.
- O co ci chodzi? - Spytałam stając przed nim.
Czułam jak ze zdenerwowania trzęsą mi się ręce. A on? Spokojnie stał i palił fajkę.
- Mówię do ciebie!
- No i co? - Spytał i znów się zaciągnął.
Nienawidzę papierosów, ani gdy ktoś pali przy mnie, lecz w jego ruchach było coś bardzo hipnotyzującego, że chciało się więcej.
- Odpowiesz mi?
- Zawsze dostajesz to czego chcesz? - Znów odparł pytaniem na pytanie, wyrzuciła papierosa i wsiadł do samochodu.
Jeździł czarnym audi tt s. Kiedy siedział w samochodzie, otworzył okno i krzyknął do mnie:
- Zejdź mi z drogi, chyba, że mam cię potrącić!
Odsunęłam się i oszołomiona patrzyłam jak odjeżdża. Nie miałam nic do popularności, albo do tego czy ktoś mnie lubi, czy nie. Jednak jego zachowanie mnie raniło. I za cholerę nie wiedziałam, czemu tak bardzo się nim przejmowałam.
Wróciłam do przyjaciółki i w ciszy odwiozła mnie do domu. W holu powitała mnie mama.
- Cześć kochanie. Jak było w szkole?
- W porządku – odparłam i kiedy zobaczyłam walizki zapytałam – jedziecie gdzieś?
- Tak. Muszę wylecieć w interesach do Waszyngtonu. Wrócę za tydzień. Całuski!
- Ale – zatrzymała się w drzwiach i spojrzała na mnie – za dwa dni są moje urodziny!
- Connie da ci od nas prezent.
- Zaraz, od nas? - Miałam nadzieję, że się przesłyszałam.
- To ty nie wiesz? - Pokręciłam głową – tata wyleciał dziś rano do Europy na pokaz swojej kolekcji.
- Świetnie. Paryż. Mógł mnie zabrać ze sobą. Wie, że zawsze chciałam tam polecieć.
- Ty masz szkołę i obowiązki wobec niej – rzuciła mama.
- A wy macie obowiązki wobec mnie! - Krzyknęłam, aż przyszła Connie.
- Wszystko w porządku? - Zapytała swoim cieniutkim głosikiem wycierając ręce w ścierkę.
- Tak. Ja już muszę jechać, bo spóźnię się na samolot. Zadzwonię jak dolecę.
Wyszła, zamykać za sobą drzwi. Z płaczem udałam się do swojego pokoju i rzuciłam na łóżko.
Connie wiedziała, że przyjście teraz do mnie będzie złym pomysłem, więc tylko zamknęła drzwi. Była z nami odkąd byłam mała. Zajmowała funkcję naszej sprzątaczki, służącej jak i mojej niani.
Nakryłam się kocem i zasnęłam. 


Zaczynamy nowe opowiadanie :) Nie wiem jak długie, ale na pewno będzie to fantasy:)
 Kolejna część - środa. Piszcie co myślicie :)

ps. `#` - to oznacza część, nie rozdział, żeby znów nie było niedogodzeń